Odrębny Świat

Zapraszam na kolejny artykuł prezentujący ludzi z pasją z naszego sołectwa. Artykuł pochodzi z nr 11/2020 gazety „W centrum Polski”

Latanie to radość życia. To coś, co Odrębny świat pozwala odnaleźć siebie i dać mentalny odpoczynek – od szkoły, nauki, od problemów. Moment oderwania się od ziemi to przejście w inny świat. Wszystko, co na dole, tam zostaje. Trzeba jednak wrócić – niestety. Jeśli się kocha latanie, to powrót jest właśnie tym niestety. Na łódzkie lotnisko ciągnął tatę już w wieku ośmiu lat. W brzuchu mu dziurę wiercił. Na Lublinku szukali górki, z której można by zobaczyć samoloty. To była prawdziwa fascynacja – zimą, na mrozie, na górce, pośrodku niczego… Gdy nad szkolnym boiskiem przelatywał samolot, Michał za nim biegł. Szkoła – podstawówka w Łodzi, gdzie wtedy mieszkał – była na powietrznej ścieżce podejścia maszyn do lądowania. Nisko przelatywały. To było jakieś głębsze zauroczenie – kiedy inne dzieci bawiły się we własnym gronie, Michał Rózga starał się doganiać samoloty. W gimnazjum mama postanowiła pójść w jego kierunku i poprzez Internet doszła do porozumienia z pilotem z Lublinka. Pani Beata szukała dla syna „wujka”, który mógł coś młodemu pokazać. Pierwszy raz to było ogromne rozczarowanie. Kiedy podjeżdżali do lotniska na umówione spotkanie, instruktor zadzwonił z przeprosinami, że nie polecą, bo w samolocie przebita opona. Za drugim razem się udało. Wystartowali. Z rodzicami Michał często latał na zagraniczne wakacje. Zawsze siadał przy oknie, ale z panem Jurkiem było inaczej. To wrażenie, że siedzi się obok kogoś, kto prowadzi samolot, i że samemu można przez kilka chwil poprowadzić – radość z głębi serca! Kabina wprawdzie mała, ale wszystkie znajdujące się w niej wskaźniki budziły jakąś dziwną, pozytywną energię. Na twarzy chłopca bezwiednie pojawiał się uśmiech. W czasach gimnazjum Michał latał z panem Jurkiem na Cessnie 172 – raz na dwa, trzy tygodnie. Kiedyś był z nim na prywatnym lotnisku pod Łowiczem, na przystosowanym do lądowań i startów polu. Właściciel lądowiska żadnego z nich nie znał, a jednak przyjął ich ciepło. Dał coś do jedzenia, picia. Wywarło to na chłopcu duże wrażenie. Pozytywnie utrwaliło mu się w pamięci. Okazało się, że piloci nie muszą się osobiście znać, a i tak tworzą swój własny, odrębny świat.  W wakacje dwa tysiące osiemnastego roku chłopiec zaczął w Aeroklubie Piotrkowskim robić szkolenie na szybowcach. Utarło się powiedzenie, że szybowce to esencja lotnictwa, dobry początek lotniczej przygody. Zdalnie zdał egzamin teoretyczny i rozpoczął zajęcia praktyczne. Tego lata przez miesiąc miesz- kał w Piotrkowie. Loty ćwiczył na Puchaczu. Dochodziły jednak kolejne osoby i szkolenie zwalniało – ludzi było dużo, a szybowce tylko dwa. Szło coraz mozolniej. Wrócił do domu. Szkolenie przerwał tym chętniej, że pojawiła się szansa nauki latania na samolotach z silnikiem. A jednak to szybowce nauczyły go czucia powietrza. Człowieka cieszy gdy doświadcza, jak ochoczo szybowiec utrzymuje się w górze. Czegoś bardziej naturalnego w powietrzu jak te konstrukcje nie da się stworzyć. Samoloty z silnikiem nie latają tak chętnie jak one. Dają jednak inną satysfakcję. W silnikowcu ma się pewność, że bez względu na to, jak wieje wiatr, można lecieć w dowolne miejsce. Rodzi to poczucie niezachwianej niezależnowiczem, na ści. Szybowiec, jak wyląduje, sam już nie wystartuje… Z szybowca nie porozmawia się też z kontrolerem lotu, a to duża przyjemność, bo wiesz, że ktoś dba o twoje bezpieczeństwo. Szkolenie na samolotach motorowych Michał zaczął w wiosenne weekendy dwa tysiące dziewiętnastego roku. Część teoretyczną odbył w Warszawie przy siedzibie PLL „Lot”. Było dziewięć przedmiotów i z każdego test. Wszystkie zdał z powodzeniem, bo w końcu lotnictwo to jego pasja. Następnym etapem był egzamin w Urzędzie Lotnictwa Cywilnego – człowiek się cieszy, jak mu się coś uda za pierwszym razem. W sierpniu rozpoczął szklenie praktyczne. Podobnie jak na szybowcach, także w Piotrkowie. Po pierwszym locie instruktor zapytał, czy już latał? Widać było szybowcową praktykę. Trudno zapomnieć moment, gdy po wylądowaniu wszedł do budynku aeroklubu, a koledzy z miejsca z pytaniem: – No, jak tam? Jak było…? Na co prowadzący go trener: – Będzie z niego pilot. Nigdy nie zapomni, jak w czasie tej praktyki poleciał z instruktorem na lotnisko Chopina w Warszawie. Zaparło mu oddech w piersiach, gdy wieża kontrolna powstrzymywała samolot ze stu osiemdziesięcioma siedmioma osobami na pokładzie, bo oni, odczekawszy na swoją kolej, swym maleńkim samolocikiem Tecnam robili sobie przelot nad pasem. Licencję pilota turystycznego Michał zrobił w marcu tego roku. Ma uprawnienia do kierowania samolotem jednosilnikowym do sześciu ton. Nadal lata w Piotrkowie, ale już samodzielnie. Długo – bardzo długo – będzie pamiętał chwile, gdy w maju przelatywał nad rodzinnym domem w Zielonej Górze, a wcześniej poprosił mamę, by zobaczyła, jak robi nad nim kółko. By poczuła dumę, że dogonił własne marzenia. Bardzo chciał, żeby mama to zobaczyła. Cieszył się, gdy powiedziała później, że nawet mu pomachała. Kiedyś zabierze ją do samolotu, ale na razie ona się upiera, że nie ma takiej opcji. Powtarza, że się boi. Kiedy się w końcu zdecyduje, to będzie musiała przyznać, że syn potrafi, że mu wychodzi… Już teraz cieszy go, że rodzice są z niego dumni – bez nich nie byłby w miejscu, w którym jest. Młody pilot z naszej gminy stara się raz w tygodniu być na lotnisku. Buduje swój nalot potrzebny do otrzymania licencji pilota zawodowego. Chce ją zdobyć w przyszłym roku, zaraz po maturze, która czeka go w liceum ogólnokształcącym przy łódzkiej politechnice. Lotnictwo to jedyna przestrzeń, w jakiej widzi się w przyszłości. Nie wyobraża sobie siebie w korporacji. Potrzebuje w życiu zmian, a w lotnictwie zawsze jest coś nowego. Myśli o karierze pilota w liniach lotniczych. Perełką marzeń jest posada pilota na Malediwach – latanie w miejscach, gdzie samolot to jedyny środek szybkiego transportu. Kiedy jednak podczas ubiegłorocznych wakacji leciał Lufthansą do Kanady – siostra Agnieszka była tam na językowym kursie – i po wylądowaniu w Montrealu wszedł do kabiny pilotów, poczuł się oszołomiony. Osłupiały, że jest w prawdziwej kabinie wielkiego Airbusa A 350, że to wszystko dzieje się naprawdę. Całym sobą nabrał pewności, że za jakiś czas to on będzie siedział w takim miejscu i będzie tym wszystkim zarządzał. Długo jeszcze czuł się jak odurzony – także tym, jak pozytywnie odniosła się do niego niemiecka załoga samolotu. Wystarczyło jak powiedział, że jest uczniem pilotażu. Pasja to coś bez czego trudno znaleźć w życiu głębokie motywacje. Jej płomień daje ludziom porządnego kopa, nawet w chwilach zwątpienia. Zdaniem Michała Rózgi, to najpiękniejsza rzecz, której człowiek może do świadczyć. Gdyby nie widok z góry, nie zdawałby sobie sprawy, jak złożony jest świat. Z chmur jest pełniejsze spojrzenie. Ziemia z góry jest złożona, a ta złożoność jest piękna. Kiedy przelatuje nad Łodzią, zdarza się, że pomyśli, iż przez chwilę był nad domami siedmiuset tysięcy ludzi. Czasem przez moment się zastanowi, ile osób spojrzało na jego samolot… W samolocie Michał czuje się pewniej niż gdziekolwiek indziej. Pewniej niż w samochodzie, choć samolot to w sumie taka puszka ze skrzydłami. Fascynujące jest jednak, że te puszki to maszyny, które sprzeczają się z prawem grawitacji.

K.S.